Ameryka Płd.

Peru, Boliwia, Chile – miesiąc w Ameryce Płd. cz.2.

9 stycznia 2016
Flamingi wycieczka Salar de Uyuni Boliwia

Po zwiedzeniu Peru ruszamy do Boliwii, gdzie od razu jedziemy do Uyuni.

 

19.09 Salar de Uyuni (1/3)

Po śniadaniu i odpoczynku, udajemy się na jeden z głównych punktów wyjazdu i najważniejszą atrakcję Boliwii – największe solnisko na świecie, Salar de Uyuni. Przepiękne miejsce, jest to jeden z cudów świata! Ta największa (ponad 10,5 tys. km²) i najwyżej położna (3656 m n.p.m.) na świecie pustynia solna to pozostałość po olbrzymim, prehistorycznym słonym jeziorze. Znajduje się w południowo-zachodniej Boliwii. Jest to również najbardziej płaski obszar o tak dużej powierzchni, różnica wzniesień wynosi niecałe 41 cm! Miejsce to sprawia wrażenie „nieziemskiego”, niemal idealnie płaska tafla, oślepiająca biel soli, zalegającej grubą warstwą na powierzchni. O tej porze roku, pustynia jest pokryta suchą, chropowatą nawierzchnią, z widocznymi liniami. Natomiast w porze deszczowej pokrywa ją cienka warstwa wody – wygląda wtedy jak olbrzymie lustro, odbijające znakomicie wszystko i wszystkich (świetne zdjęcia, jak ludzie „chodzą po wodzie”). O każdej porze roku wygląda jednak niesamowicie. Miejsce bardzo fotogeniczne, zrobiłem przez te kilka dni kilkaset zdjęć i nie mogłem przestać:)

Wycieczka zaczyna się od wizyty na cmentarzysku lokomotyw. To unikatowe miejsce, gdzie znajduje się blisko setka lokomotyw parowych oraz wagonów porzuconych na początku ubiegłego stulecia, kiedy transportowano tutaj koleją minerały z odkrytych tu złóż do portów na wybrzeżu Pacyfiku. Następnie udajemy się do Colchani, znajdującego się na pograniczu z solniskiem, gdzie można obserwować techniki wydobywania soli, fabryki. No i w końcu docieramy do celu. Na początku podziwiamy skalne, solne stożki. Pomimo tego, że widziałem setki zdjęć z tego miejsca, wrażenie jest niesamowite – to naprawdę płaska, bezkresna, śnieżnobiała pustynia z soli. A to nie koniec:) Jedziemy kilkadziesiąt kilometrów, a księżycowy krajobraz pozostaje taki sam. Szok! Często zatrzymujemy się, robimy zdjęcia, niebo jest idealne – niebieskie z kilkoma chmurkami, świeci słońce. Mijamy hotel cały wykonany z soli, pomnik rajdu Dakar i dojeżdżamy do Isla Incahuasi (lub Isla Pescado, wyspy w kształcie ryby) pokrytej setkami gigantycznych, sięgających od kilku do nawet 8-10 m metrów kaktusów. Świetny widok ze szczytu wyspy na biały ocean w koło oraz wulkan Tunupa (5332 m n.p.m.). Tutaj jemy obiad przy stole i na siedzeniach z soli. Następnie udajemy się do naszego hotelu, również wykonanego z soli już na obrzeżach Salar de Uyuni, po drodze obserwujemy jeszcze wulkany, dzikie wikunie oraz niezmieniający się krajobraz. Piękny zachód słońca! Kolacja i odpoczynek. W nocy niestety jest bardzo zimno, pomimo kilku dostępnych koców, warto zabrać swoje śpiwory.

 

 

20.09 Salar de Uyuni (2/3)

Dzień wspomnianego wcześniej narodowego referendum w Boliwii. Wstajemy bardzo wcześniej, aby zdążyć przed kontrolą w jednym z punktów na trasie. Udaje się. Wjeżdżamy coraz wyżej. Pomimo dziesiątek mijanych kilometrów cały czas znajdujemy się na bezdrożach płaskowyżu, otoczonym wielobarwnymi szczytami o wys. ponad 5 tys. m n.p.m. (w tym wciąż aktywny – dymiący wulkan Ollague o wys. 5868 m). Podziwiamy pustynną roślinność oraz pozostałości po oceanie (koralowce). Jest dosyć wietrznie, a z racji pustynnego krajobrazu tworzą się małe trąby powietrzne (jakby chciały jeszcze podkoloryzować te widoki:)). Kolejny szok przeżywam jak dojeżdżamy do niebieskiej, pierwszej z wielu kolorowych słonych lagun, które mamy tu zobaczyć. Maszerują w niej setki flamingów, pięknych, różowych. Obserwujemy je w ciszy, słychać tylko ich odgłosy. Po dłuższej przerwie ruszamy dalej, mijamy mniejsze laguny i solniska, a także odosobnione, wyrzeźbione przez wiatr Skalne Drzewo (Arbol de Piedra) – bardzo fotogeniczne miejsce na piaszczystym płaskowyżu, jest tu bardzo wietrznie. W końcu dojeżdżamy do Laguna Colorada. Kolejne zaskoczenie. Woda nie jest troszkę czerwonawa, a intensywnie czerwona, bordowa, jakby wypełniona krwią (kolor zawdzięcza glonom), na środku i przy brzegu widać białe sodowe wysepki, a w środku flamingi. Krajobraz nieskazitelny, dziki, piękny. Na zawsze zostanie w mojej pamięci. W tle wysokie góry i śnieżne szczyty. Tutaj mamy kolejny nocleg, tj. na wysokości 4278 m n.p.m.! W nocy jest strasznie zimno, ok. -10 st. C, kilka warstw koców i śpiwór ledwo dawały radę. Za to niebo jest czyste, widać miliardy gwiazd oraz drogę mleczną. Mocno zmarzłem próbując robić zdjęcia z długim czasem naświetlenia:), ale jak zwykle – warto!

 

 

21.09 Salar de Uyuni (3/3), przejazd do San Pedro de Atacama i Valle de la Luna (Chile)

Wstajemy bardzo wcześnie rano i jedziemy na pole gejzerów, po drodze przejeżdżając przez przełęcz na wysokości ponad 5000 m n.p.m. Znajduje się tu wiele wulkanów błotnych, fumaroli, czuć wszechobecny zapach siarki. Wstaje słońce. Następnie zatrzymujemy się przy gorących źródłach, gdzie zażywamy relaksującej kąpieli. Później jeszcze przystanki przy zielonej Laguna Verde (4400 m), położonej u stóp majestatycznego wulkanu Licancabur (5920 m) oraz białej Laguna Blanca, po czym docieramy do granicy z Chile. Tutaj po załatwieniu formalności migracyjnych czeka na nas transport do San Pedro de Atacama (4320 m). Wybraliśmy opcję zakończenie 3-dniowej wycieczki w Chile, bo być tak blisko najsuchszej pustyni świata Atacamy i jej nie odwiedzić nie byłoby w naszym stylu:) Poza tym jeśli wybralibyśmy powrót do Uyuni czekałaby nas długa(ok. 7 godzinna) podróż praktycznie bez postojów na atrakcje.

Jeszcze przed południem docieramy do centrum San Pedro de Atacama. Jest to bardzo klimatyczne miasteczko o specyficznym budownictwie, z mnóstwem chilijskich flag. Raczej nie ma tu wiele do zwiedzania, ale jest bardzo charakterystyczne – leży na środku pustyni. Leży na środku obfitującej w bogate złoża mineralne pustyni, w pobliżu kolejnego solniska Salar de Atacama (3 tys. km2), na wysokości ok. 2400 m n.p.m. Szybko załatwiamy nocleg, gdzie możemy się odświeżyć i kupujemy półdniową zorganizowaną wycieczkę do Valle de la Luna (10 tys. peso + 3 tys. za wstęp do parku), jeszcze tego samego dnia:) Krajobrazy są tutaj naprawdę jak na powierzchni księżyca, wydmy i doliny, szczególnie atrakcyjnie wszystko się prezentuje o zachodzie słońca. Po drodze odwiedzamy jeszcze Dolinę Śmierci (Valle de La Muerte) z fantazyjnymi formami skalnymi (tutaj w związku z interakcją dwóch pasm górskich powstała „miniatura” gór), a dzień kończymy na punkcie widokowym Mirador de Kari ze skałą Piedra del Coyote. Widoki podczas tej wycieczki i kolor nieba podczas zachodu słońca były jak z bajki – stworzone aby je podziwiać i fotografować:)

 

 

22.09 Pole gejzerów El Tatio

Nad ranem wyjeżdżamy na półdniową wycieczkę na pole gejzerów El Tatio (20 tys. peso z wstępem do PN), słynne z tego, że jest najwyżej położone na świecie (4300 m n.p.m.). Obserwowanie dymiących gejzerów tuż przed wschodem słońca, przy minusowych temperaturach to niezapomniany widok. Stają się wtedy najbardziej aktywne, jakby budziły się o świcie. Jemy śniadanie i podczas wschodu słońca spacerujemy wśród niezliczonej liczby gejzerów buchających gorącą wodą. Jest mega zimno (!), ale wraz ze wstającym słońcem z każdą minutą jest cieplej – prawdziwa potęga słońca. Następnie zażywamy zdrowotnej kąpieli w gorących źródłach, a w drodze powrotnej obserwujemy dzikie wikunie i lamy, a także zatrzymujemy się w małej wiosce z kościółkiem.

Wycieczka kończy się dosyć szybko, bo już koło południa. Zatem po obiedzie, chcąc zobaczyć jak najwięcej podczas tych krótkich odwiedzin Chile, wypożyczamy rowery (3 tys. peso za 6 godz.) i z mapą w ręku odkrywamy pustynię. W bliskiej odległości od San Pedro znajduje wiele ciekawych punktów (np. Valle de La Luna ok. 15 km). Odwiedzamy prekolumbijskie ruiny Pukará de Quitor (3 km, wstęp 3 tys. peso na pkt. widokowy Sendero Mirador), malowniczy kanion i Quebrada del Diablo (6 km), a na koniec Salar de Atacama i słoną Lagunę Cejar (22 km, wstęp 17 tys. $). To solnisko różni się od tych z okolic Uyuni, bo tutaj jakby chropowata pustynia jest pokryta kilkucentymetrową warstwą soli.

Niestety trochę problematyczne jest przedostanie się z powrotem do Boliwii. Granica jest zamknięta w nocy i jedyna opcja to wczesny autobus z Calamy do Uyuni. Inna opcja to dojazd do Iquique i Arica, a stamtąd do Tacna w Peru lub La Paz w Boliwii (samoloty są drogie). My w związku ze zmianą planu chcemy jednak odwiedzić miejsca na południu Boliwii,  więc wieczorem jedziemy autobusem do Calamy (2,7 tys. peso, nie ma nocnych), gdzie rzutem na taśmę kupujemy poranny autobus do Uyuni (10 tys. peso).

Dla tych co mają więcej czasu w San Pedro jest tu wiele innych atrakcji w pobliżu, m.in. Piedras Rojas czy Lagunas Altiplánicas w Rezerwacie Narodowym Los Flamencos (są one jednak bardzo podobne do tych z Boliwii, nawet Pani z agencji turystycznej nam odradzała po naszej wcześniejszej wycieczce,) oraz trekking na wulkany. Można też stąd zrobić 3-4 dniową wycieczkę z końcem w Uyuni (35 tys. $). Ceny w Chile są zdecydowanie wyższe niż w Boliwii.

 

 

23.09 Dzień w trasie – Calama-Uyuni-Tupiza (Boliwia)

Wcześniej rano wyruszamy z Calamy do Uyuni. Znowu procedury na granicy, wszystko jakoś strasznie długo trwa… Do tego jechaliśmy strasznie zdezelowanym, starym trupem, który padł na środku pustyni… Czekaliśmy 3 godziny póki przyjechał nowy autobus. Plan dostania się jeszcze tego dnia do Tupizy zaczął się komplikować. Docieramy jednak na jeden z ostatnich autobusów i na miejscu jesteśmy sporo po północy. Trasę Uyuni-Tupiza (50 Bs) pokonujemy lokalnym nocnym „autobusem terenowym” górskimi, szutrowymi drogami. Byliśmy tylko my i lokalsi:) Docieramy w środku nocy i bierzemy dosłownie pierwszy lepszy hostel w okolicy dworca. Na szczęście śpiący dozorca otworzył drzwi:)

Ten dzień upłynął nam na męczącej podróży autobusami, ale za to trochę pospaliśmy, poczytaliśmy książkę podczas jazdy i jakoś minęło… Cóż turystyka to też niedogodności, ale moim zdaniem to skromna cena przy tym co można przeżyć i zobaczyć.

 

24.09 Wycieczka konna na dzikim zachodzie

Trochę pospaliśmy, bo potrzebowaliśmy odpoczynku. Później zjedliśmy spokojne śniadanie i udaliśmy się na krótki rekonesans po Tupizie – spokojnym, małym miasteczku otoczonym czerwonymi górami. Nie jest to miejsce za bardzo oblegane przez turystów, stąd możemy zobaczyć lokalną ludność, kobiety w tradycyjnych strojach, obserwować zwyczaje. O godzinie 11:00 zaczynała się nasza 3-godzinna wycieczka konna (120 Bs) szlakiem Butcha Cassidy’ego i Sundance’a Kida po terenach jakby żywcem wyjętych z westernów, typowych dla południowej Boliwii. To był mój debiut na grzbiecie konia, dodatkowo nie pomogło to, że przewodnik mówił tylko po hiszpańsku:) Ale jakoś daliśmy radę porozumiewając się na migi:) Oprócz ciekawego doświadczenia samej jazdy (było nawet parę galopów:)), świetne były również widoki. Scenerie dosłownie jak z filmów o kowbojach i Dzikim Zachodzie, wysokie kaktusy, czerwone skały, kaniony (w tym Valley of Males i Cañon de las Incas) i różne ciekawe formacje skalne, m.in. Puerta del Diablo („Diabelskie Wrota”) i Palmira. Klimatu dodawał pustynny gorąc, kowbojski kapelusz i skórzane ochraniacze na nogi.

Jeśli ktoś dotarł tu najpierw lub przyjeżdża z Argentyny to warta rozważenia jest 4-dniowa wycieczka na Salar de Uyuni, gdzie w pierwszym dniu przejeżdża się przez wysokie góry do Laguna Verde, gdzie kończy się 3-dniowa wycieczka zaczynająca się w Uyuni i stamtąd w odwrotnej kolejności odwiedza się wymienione przeze mnie wcześniej miejsca.

W sumie nie ma tu za bardzo nic więcej do roboty, więc wykupujemy wieczorny autobus do Potosi (30 Bs).

 

 

25.09 Potosi i Sucre

Znowu docieramy do celu po północy i kierowca taxi, z naszym kaleczącym hiszpańskim z rozmówkami w ręce, pomógł nam znaleźć tani hostel blisko centrum. Potosi to jedno z najwyżej położonych miast na świecie (niemal 4000 m n.p.m.). Założone w XVI w. w okresie „gorączki złota”. Jego historia wiąże się z odkryciem i eksploatacją przez Hiszpanów ogromnych złóż srebra. Dzięki kopalniom Potosi było swego czasu jednym z najbogatszych miast na świecie, a napływ rabunkowo wydobywanego tutaj kruszcu zachwiał systemem ekonomicznym całej Europy. Rano spacerujemy słynącym z zabytkowej, kolonialnej architektury starym miastem wpisanym na listę UNESCO. Generalnie chaotyczne miasto, ale z klimatem, szczególnie zabytkowe, kolonialne kamienice i kościoły, chociaż nie urzekły mnie jakoś specjalnie (niezadbane). Nie spędzamy tu jednak długo i nie decydujemy się na wycieczkę na zwiedzanie jednej z kopalni srebra, gdzie nadal przy pomocy prymitywnych narzędzi wydobywa się kruszce takie jak cyna, cynk czy ołów. Po południu przejeżdżamy do konstytucyjnej stolicy Boliwii – Sucre (autobus 20 Bs, taxi na terminal 10 Bs). Tutaj tylko spacerujemy bez większego planu. Oczywiście mamy na mapce zaznaczone kilka punktów w okolicy jak zwykle zielonego Plaza de Armas, m.in. klasztor franciszkanów i katedrę, ale samo wrażenie daje po prostu włóczenie się między charakterystycznymi białymi budynkami. Sucre leży na wysokości 2700 m n.p.m. i wyróżnia się łagodnym klimatem. Jest wpisane na listę UNESCO.

Na koniec tego aktywnego dnia czeka nas nocny autobus do La Paz (180 Bs cama, taxi na terminal 15 Bs)

 

 

26.09 Droga Śmierci w La Paz

Do nieoficjalnej stolicy Boliwii dojeżdżamy po 7 rano i jak zwykle zaczynamy od szukania hostelu. Tego dnia mieliśmy zaplanowaną wycieczkę rowerową tzw. Drogą Śmierci. Okazało się, że po raz kolejny mieliśmy dużo szczęścia, bo recepcjonista hostelu znał firmę, która organizowała takie wyjazdy i pomimo zamkniętych agencji zadzwonił i okazało się, że jeszcze nie wyjechali. Szybko się decydujemy, zostawiamy rzeczy w pokoju, przebieramy się i jedziemy! Załapaliśmy się jeszcze na darmowe śniadanie w cenie wycieczki:)

Droga Śmierci to najsłynniejszy downhill świata. Zabawa polega na zjeździe górskimi rowerami z przełęczy na wysokości 4700 m n.p.m. do Coroico w Yungas 1200 m n.p.m., czyli 3,5 km w pionie w dół (praktycznie non stop w dół, ok. 70 km)! Niesamowite wrażenie robi zmieniający się w trakcie krajobraz i przyroda. Zaczynamy w grubych ubraniach, kurtkach i rękawiczkach, wkoło śnieg i lodowce, wysokie góry i brak roślinności, zimno, a kończymy w krótkich rękawkach w gorącej i wilgotnej bujnej dżungli lasu tropikalnego! Droga prowadzi nad przepaściami, a widoki momentami zapierają dech w piersiach. Przed właściwym „szlakiem śmierci”, dowiadujemy się, że z racji wielu tragicznych wypadków zmieniono tu zasady ruchu drogowego i obowiązuje ruch lewostronny (bo kierowca siedzi z lewej strony auta i widzi jak blisko krawędzi może jechać mijając się z autem jadącym z naprzeciwka na wąskiej drodze, dawniej była to jedyna droga do La Paz z dżungli). Na początku myśleliśmy, że to żart, mający na celu nas przestraszyć, ale później okazało się, że nie:) Wszystko było bardzo dobrze zorganizowane, sprzęt porządny (kaski, ochraniacze, rowery z amortyzatorami i hamulcami tarczowymi), a po powrocie otrzymujemy koszulkę „Death Road Survivor” oraz płytę z pamiątkowymi zdjęciami i filmem ze zjazdu. Koszt od 320 Bs w zależności od klasy hamulców i amortyzatorów.

Wieczór spędzamy już na spokojnym spacerze po La Paz i kolacji, zmęczeni szybko idziemy spać.

 

 

Krótki filmik z zjazdu rowerowego Drogą Śmierci

 

27.09 Zwiedzanie La Paz i przejazd do Cusco

Po śniadaniu zaczynamy zwiedzanie najwyżej położonej stolicy świata, chociaż jest nią tylko nieoficjalnie (tutaj znajdują się siedziby rządu i prezydenta, Sucre to stolica konstytucyjna). La Paz to największe miasto Boliwii. Jest położone w wysokogórskiej kotlinie na wysokości od 3000 do 4100 m n.p.m. pomiędzy szczytami Chacaltaya (najwyżej położonym na świecie torze narciarskim, 5430 m n.p.m.) i imponującym ośnieżonym wierzchołkiem Illimani (6402 m n.p.m.). Jest to bardzo zatłoczone miasto, ale z klimatem. Odwiedzamy m.in. Plaza Murillo, najważniejszy historycznie i politycznie plac z katedrą i Pałacem Prezydenckim, targ czarownic (z magicznymi rekwizytami, amuletami, dziwnymi miksturami i ziołami zaklinającymi choroby), kościół Świętego Franciszka (San Francisco), malownicze uliczki handlowe z licznymi straganami, gdzie można obserwować codzienne życie Boliwijczyków. Położenie miasta, budynki na zboczach i góry w tle robią ogromne wrażenie, zwłaszcza oglądane z góry. Panoramę podziwiamy wjeżdżając kolejką Red Cable Car (3 Bs w jedną stronę) na punkt widokowy (świetny widok w nocy!). Innym miejscem z super panoramą jest Mirador Killi Killi. Duża liczba ulic wybudowana jest pod kątem nawet 45°, a odległości są spore, w końcu to 2-milionowa aglomeracja. Z oczywistych względów nie ma tu metra, a zamiast komunikacji miejskiej jeżdżą tu tysiące prywatnych przewoźników. Miasto, pomimo tego, że na pierwszy rzut oka nie sprawia najlepszego wrażenia, po głębszym poznaniu zachwyca bogactwem swej kultury i historii. Wieczory, zresztą jak wszędzie na tych wysokościach, są chłodne, więc przydaje się kurtka.

Będąc dłużej w La Paz warto wybrać się na wycieczkę do Amazonii. Najpopularniejszy kierunek to miejscowość Rurrenabaque, nazywana „bramą do dżungli i pampy”. Koniecznie trzeba mieć jednak min. 3-6 dni. W programie wycieczki jest trekking dżunglą, rejs rzeką wśród dzikich zwierząt (m.in. aligatory, kapibary, żółwie, kolorowe papugi czy małpy), nocleg w drewnianych chatkach, łowienie piranii i poszukiwania anakondy w gumiakach brodząc po podmokłych polach, w wysokiej trawie (dreszczyk emocji!). Nie jest tanio, bo opcja 45 min lotu samolotem kosztuje 1000-1400 Bs w dwie strony plus trzeba zarezerwować go 2-3 dni wcześniej (taxi na lotnisko 70 Bs). Opcja autobusem jest tańsza (150 Bs), ale jedzie się niebezpieczną drogą, serpentynami ponad 20 godz. na drugą stronę Andów. Dostępne są dwie wersje wycieczek: „pampa” (min 3 dni, 600 Bs, dużo zwierząt, blisko, odsłonięte brzegi wąskiej rzeki którą się płynie łodzią, kapibary, aligatory, kajmany, dużo egzotycznego ptactwa) dżungla (również min 3 dni, roślinność lasu deszczowego). Najlepiej 5-dniowa dżungla i pampa – optymalna cenowo. Bardzo chcieliśmy skorzystać z tej wycieczki, ale z racji rezerwacji biletu na Machu Picchu mieliśmy tylko 2 dni i bez sensu było płacić za drogie bilety lotnicze. Musieliśmy zrezygnować…:( Odwiedziliśmy za to dżunglę w Peru.

Z innych opcji do wyboru dla tych co mają więcej czasu w La Paz można wymienić m.in. trekking na jeden ze szczytów Cordillera Real np. Huayna Potosi o wysokości 6088 m n.p.m. (chętnie bym po to tu jeszcze wrócił) czy Chacaltaya (jest opcja wjazdu wyciągiem do stacji i zdobycia szczytu), oglądanie księżycowych krajobrazów w Valle de la Luna (Dolinie Księżycowej) oraz odwiedzenie Tiwanaku lub Tihuanaco (w języku ajmara i keczua), stolicy starożytnej cywilizacji, istniejącej nad jeziorem Titicaca na długo przed Inkami (pozostały po niej monumentalne budowle z kamiennych bloków, których waga sięga 175 ton, najbardziej znanym zabytkiem jest słynna Brama Słońca z podobizną Wirakoczy – ojca wszystkich bogów, lista UNESCO).

Po południu wyjeżdżamy w długą trasę do Cusco. Po drodze prom, krótki przystanek w Copacabanie i przesiadka do nocnego autobusu w Puno. Trasa prowadziła przez przełęcz Rata na wysokości 4350 m n.p.m., gdzie łączą się Kordyliera Wschodnia i Zachodnia. My za wiele nie widzieliśmy bo spaliśmy:) Na miejscu jesteśmy koło 6 rano, a wyjechaliśmy z La Paz o godz. 14! (140 Bs, semi-cama) Z dworca bierzemy taxi na Plaza de Armas, tej samej nazwy większości rynków w peruwiańskich (choć nie tylko) miastach.

 

 

Kolejne części wpisu:

Peru, Boliwia, Chile – miesiąc w Ameryce Płd. cz.1.

Peru, Boliwia, Chile – miesiąc w Ameryce Płd. cz.3.

Peru, Boliwia, Chile – Informacje praktyczne

Fotorelacja z całej wyprawy (ponad 900 zdjęć!)

 

WPISY, KTÓRE MOGĄ CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Brak komentarzy

Dodaj komentarz