Afryka

Safari w Kenii

11 stycznia 2014
Palmy plaża Kenia

Na początku grudnia 2013 r., kiedy ceny wycieczek osiągają swoje roczne minimum przyszedł czas na długo oczekiwaną wycieczkę egzotyczną. Wybór padł na Kenię i okazał się bardzo dobry. Z jednej strony rajski klimat i widoki – plaże z białym piaskiem i palmami kokosowymi, ciepły ocean indyjski z dobrze zachowanymi rafami koralowy. A z drugiej safari, afrykańska sawanna, możliwość obcowania z dzikimi zwierzętami w ich naturalnym środowisku. Świetne doświadczenie!

Z decyzją o kupnie wycieczki czekamy jak zwykle na ostatnią chwilę, ale już z w ciemno zarezerwowanym urlopem w pracy. Mając znajome biuro podróży pozwoliliśmy sobie na skorzystanie z oferty last minute. Gdy cena 8-dniowej wycieczki w dniach 1-9 grudnia spadła z 4,5 tys. do poniżej 3 tys. zł dostaliśmy telefon – wtedy nie czekaliśmy ani chwili i kupiliśmy bilety 🙂 Czasami naprawdę warto poczekać pomimo tego, że to niesie za sobą ryzyko, że zabraknie miejsc. Wybraliśmy opcje HB, ze śniadaniami i obiadokolacjami, bo od samego początku wiedzieliśmy, że sporo czasu spędzimy poza hotelem, zwiedzając.

Wcześniej również trochę w ciemno zaczynamy kompletować ekwipunek i przygotowywać się na wyjazd. Kenia to już bowiem nie Egipt czy Maroko, a kraj Trzeciego Świata, na którym co więcej panuje wiele groźnym chorób (inna strefa klimatyczna – okolice równika, warunki sanitarne czy poziom opieki medycznej). Wiele porad zdrowotnych dla osób planujących egzotyczne wakacje można znaleźć na stronie www.szczepieniadlapodrozujacych.pl, w tym tabelę obowiązkowych i zalecanych szczepień ochronnych. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na profilaktykę przeciwko malarii i szczepionkę przeciw żółtej gorączce. Kupujemy tabletki przeciwmalaryczne Malarone (~180 zł za opakowanie 12 szt. – trzeba stosować od 1 dnia przed podróżą do 7 dni po jej zakończeniu, konieczna recepta, największe ryzyko właśnie na wybrzeżu) i szczepimy się przeciw żółtej febrze we wrocławskiej stacji SANEPID (~240 zł/os, min. 10 dni przed wyjazdem, odporność przeciw zarażonym komarom na 10 lat, otrzymaliśmy też żółtą książeczkę szczepień wraz z wpisem, bo niektóre państwa wymagają tej szczepionki jeśli przebywało się w rejonie zagrożonym tą chorobą). Innymi zalecanymi szczepieniami do Kenii są te przeciw (większość działa wiele lat): błonnicy (bezpośredni kontakt z zakażonym) i tężcowi (od zakażonej ziemi), durowi brzusznemu i „żółtaczce”, czyli wirusowym zapaleniu wątroby typu A (bezpośredni kontakt z chorą osobą oraz od zakażonego jedzenia i picia), wzw B (np. kontakty z zarażoną krwią i kontakty seksualne). Dlaczego taki był nasz wybór? Dla poczucia bezpieczeństwa. Kontaktu z komarami jakoś bałem się najbardziej, a inne drogi zakażenia będąc uważnym można ograniczyć niemal do zera (np. jedząc tylko sprawdzone rzeczy z hotelu, pijąc wyłącznie wodę z butelek oraz myjąc nią też zęby czy często myjąc ręce). Ponadto malaria stanowi główną zakaźną przyczynę śmierci osób podróżujących do tropiku. Jednak należy mieć też na uwadze, że szczepienia nie są obowiązkowe (a zalecane przez WHO), od wielu lat nie wystąpiły zachorowania i są to choroby wyleczalne (antybiotyki i krótki pobyt w szpitalu, trzeba jednak szybko reagować po wystąpieniu symptomów, głównie gorączki, po powrocie), choć z drugiej strony nadal występują i są śmiertelne (więc „its better to be safe than sorry”). Od ludzi mieszkających w Kenii (m.in. przewodnika z Itaki i safari) usłyszeliśmy, że lekarze podczas konsultacji najczęściej straszą, z jednej strony zachowawczo a z drugiej, bo zarabiają na tym dużą kasę. Jeśli chodzi o profilaktykę, czyli unikanie ukłuć komarów, bardzo polecane są również repelenty, np. Mugga (zawiera środek DEET) , które również należy stosować. Wieczorami zawsze psikaliśmy całe ciało, a przed snem także pokój i moskitiery. Warto też skompletować sobie miniapteczkę składającą się m.in. z: leków przeciwbiegunkowych, przeciwbólowych, kremu z wysokim filtrem UV i czegoś na oparzenia słoneczne, żelu antybakteryjnego oraz środków pierwszej pomocy i opatrunków.

 

Malarone i książeczka szczepień

Moskitiera

Wylot mieliśmy z Okęcia z Warszawy, gdzie docieramy z Wrocławia Polskim Busem (30 zł/os w jedną stronę). Tam wsiadamy do nowiutkiego Dreamlinera (Boeing 787). Warunki naprawdę komfortowe, każdy dostaje zestaw do spania, przy każdym fotelu jest TV z darmowymi filmami i muzyką, do pełni luksusu brakowało jedynie jedzenia 🙂 Podróż trwała 8 godz., co było dosyć męczące. Na domiar złego na lotnisku w Mombasie czekała nas blisko 2 godzinna odprawa. Coś nieprawdopodobnego – skanowanie odcisków palców, zdjęcia robione przez kamerki oraz zakup wisy z wbiciem do paszportu (koszt 50 USD/os). Jakbyśmy z Bangladeszu przylecieli 🙂 Po północy docieramy do hotelu, gdzie czeka nas poczęstunek. Od rana, zaczyna się prawdziwa przygoda! Pogoda jest iście tropikalna – ponad 30 st. C.

Wstajemy rano, a tu taki widok z okna 🙂

 

Kenia widok z okna

Mieszkaliśmy w hotelu Southern Palm Beach Resort, który znajduje się na Diani Beach (na południe od Mombasy). Miał on bezpośrednie wyjście na bardzo długą plażę, idealną na długie spacery, gdzie widoki były dosłownie jak z widokówek J Biały drobny piasek, palmy kokosowe czy kraby szarżujące po plaży. Od oceanu indyjskiego plażę osłania rafa koralowa, dzięki czemu woda jest bardzo ciepła, krystaliczna czysta i bez problemu można w niej znaleźć rozgwiazdy czy ogromne muszle. Niestety nie można ich wywozić z Kenii , podobnie jak korali czy kości słoniowej. Charakterystyczne było również to, że występowały duże pływy oceanu – wieczorem był przypływ i woda docierała do leżaków przykrywając plaże, a koło południa w wyniku odpływu plaża powiększała się nawet o 100 m. W hotelu wszędzie grasowały małpy, więc trzeba było uważać aby nic nie zwinęły z torby czy nie weszły do pokoju. Dobrały się również do mojego plecaka, na szczęście nowa kamerka wydała im się mniej atrakcyjna niż ciastka, które nam zabrały. Jeśli chodzi o wyżywienie to śniadania i obiadokolacje, które mieliśmy zapewnione w ramach HB, były bardzo smaczne i różnorodne. Można było znaleźć zarówno coś „europejskiego”, jak również lokalne potrawy.

 

 

Kenia to kraj ogromnych kontrastów, skrajnej biedy, ale i wspaniałych afrykańskich pejzaży i różnorodnej, dzikiej przyrody. Niegdyś brytyjska kolonia, przez co zachował się lewostronny ruch drogowy czy szkoły prowadzone w języku angielskim. Wiele plemion żyje jeszcze jak ich przodkowie, zachowując obyczaje.

Jeśli chodzi o pieniądze na miejscu to obowiązuje waluta szylingi kenijskie (1 USD = 80-90 KES) i choć można płacić w USD i EUR to najlepiej wybrać z bankomatu trochę lokalnej waluty (zabierając ze sobą dolary należy pamiętać iż akceptowane są tylko banknoty po 2005 r.). Cenowo w sklepach było drożej niż w Polsce, co wzbudziło moje niemałe zaskoczenie. Było to tłumaczone w takim sposób: sklepy są dla turystów, a oni mają pieniądze… Na szczęście nie mieliśmy potrzeby robić dużych zakupów, a wyłącznie coś do przegryzienia w trakcie dnia i woda. Językiem urzędowym jest suahili i a drugim j. angielski (jest kilka fajnych słów po suahili – np. bara bara znaczy droga :), jumbo – cześć, hakuna matata – nie ma problemu). Do gniazdek potrzebne są adaptery, bo gniazdka są kwadratowe z trzeba bolcami.

 

Wycieczki fakultatywne

Spośród wielu możliwości aktywnego spędzenia naszego urlopu wybraliśmy trzy: safari, snorkeling na rafie koralowej i wizytę w mieście Mombasa. Wycieczki zakupiliśmy w lokalnym biurze podróży. Przed wyjazdem wygooglowałem sobie kilka z nich i umówiłem się na spotkania już w hotelu. Łączny koszt choć był niższy niż wycieczek fakultatywnych oferowanych przez Itakę, to i tak były bardzo wysoki w porównaniu do innych krajów (łącznie ponad 500 USD/os). Jednak z drugiej strony jeśli chodzi o safari to była to 3-dniowa wyprawa, all-inclusive, dojazd i wstępy do parków narodowych (Tsavo East i Taita Hills 65 USD), z noclegami w dobrych hotelach, przewodnikiem czy jazdą jeepem a nie tak jak większość tańszych wypraw 8-os. busem z podnoszonym dachem. Radzę uważać na oferty tanich wycieczek tzw. „beach boy’ów”, owszem mają dużo taniej, ale często oszukują (nie zabierają do parków narodowych a np. do Ngutuni, który stanowi dojazd do Tsavo East). Natomiast podczas wycieczki na Wasini, po pływaniu z maską i rurką udajemy się na pyszny obiad z owoców morza. Takiego dużego kraba i homara jeszcze nie widziałem 🙂 naprawdę szło się tym najeść a cena za homara (6 USD), była na tyle przystępna, że grzechem było nie skorzystać 🙂

W Kenii jest wiele więcej ciekawych miejsc do zobaczenia, m.in. parki narodowe góry Kenia czy jeziora Turkana (a także inne jeziora Wielkiego Rowu Afrykańskiego). Część osób, która wybiera się tutaj na wakacje próbuje również zdobyć położoną w Tanzanii, ale zaraz przy granicy z Kenią, górę Kilimandżaro. To największa góra Afryki, pozostałość po kilku wulkanach i jeden z najwyższych samotnych masywów – widok nawet z daleka robi wrażenie.

 

Rejs na wyspę Wasini

Pierwszą naszą wycieczką jest rejs po Oceanie Indyjskim tradycyjną łodzią rybacką Dhow, czytaj starą łajbą. Głównym celem jest postój w morskim parku narodowym (Kisite-Mpunguti), gdzie czeka nas zwiedzanie podwodnego świata z maską i rurką. Po drodze mijamy wiele delfinów, które płynęły tuż obok naszych łodzi. Już na miejscu docelowym, pod wodą, wrażenia zupełnie inne niż podczas nurkowania i snorkelingu w Egipcie. Nie chcę jednak wskazywać gdzie było lepiej – tu było po prostu inaczej. Rafa koralowa była tutaj dużo lepiej zachowana i bardziej kolorowa, ale to zapewne dlatego że było dosyć płytko (odpływ), woda bardzo ciepła, inne rybki. No i widzieliśmy dużego żółwia morskiego! Skrót relacji z podziwiania tych widoków w filmiku na końcu wpisu. Po około godzinnej kąpieli płyniemy na wyspę Wasini – niegdyś rafę koralową, co było można bez trudu samemu zobaczyć, gdyż zamiast po piasku chodziliśmy po koralach. Tu jemy wspaniały obiad z owoców morza, lokalnych dań (w tym ryżu z sosem kokosowym – ciekawe połączenie) oraz egzotycznych napojów. Dostajemy nawet pałkę aby poradzić sobie z ogromnym krabem, choć i tak kelner musiał nam pomóc dostać się do jedzonka 🙂 Na koniec spacer przez muzułmańską wioskę położoną na wyspie, gdzie nie ma prądu i wody (ze studni płynie słona woda, więc gromadzą w beczkach deszczówkę).

 

 

Safari w Kenii

Na koszt safari ma wpływ wiele elementów, m.in.: wybór miejsca safari, liczba osób biorących udział, ile dni chce się spędzić na sawannie oraz umiejętności targowania (a to jest tutaj akurat potrzebne na każdym kroku :)). Najdroższy i położony najdalej od wybrzeża, ale zarazem najlepszy jest park narodowy Masai Mara. Występuje tam największa koncentracja zwierząt (duże stada) oraz nie ma wytyczonych tras, dzięki czemu jeepy jeżdżą po trawach sawanny i można obserwować zwierzęta naprawdę z bliska (cena to ponad 900 USD/os, przelot samolotem). W dalszej kolejności należy wymienić położony tuż przy granicy z Tanzanią, najbliżej Kilimandżaro, park narodowy Amboseli. Następnie dwa parki narodowe Tsavo East i Tsavo West oraz prywatny Taita Hills (możliwość udziału w tzw. „nocnym safari”). Safari może trwać od 1 dnia do nawet ponad tygodnia. Natomiast jeśli chodzi o długość wyprawy to już 3-dniowa daje możliwość zobaczenia wielu zwierząt i poznania ich zwyczajów, oglądania krajobrazu dzikiej półpustyni i sawanny w różnych porach dniach. Uważam, że dobrym wyborem jest też opcja 2-dniowa (powrót koło południa drugiego dnia, około 4-5 wyjazdów), ale 1 dzień to zdecydowanie za mało. Osoby, które wybrały się na taką wycieczkę były bardzo niezadowolone. Po pierwsze ponad 200 km dojazd, który z racji kiepskich dróg, gdzie część jedzie się drogą szutrową, trwa około 5-6 godz. w jedną stronę, a po drugie jest bardzo mała szansa aby zobaczyć dużo gatunków zwierząt.

Kenia to jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie zwierzęta żyją na wolności, migrują, rozmnażają się, polują na siebie, a po uczcie lwów przychodzi ekipa sprzątająca – w dalszej kolejności szczątkami żywią się padlinożercy a i na kości znajdą się chętni. Opisując przygodę, jaką jest safari należy jednak pamiętać, że safari to loteria. To nie jest zoo, że idzie się uliczką x, a w klatce y jak pisze nosorożec to on ma tam być. Tam wyjeżdża się na dziką sawannę, delektując się widokami, zapachem, dźwiękiem (często kompletną, niespotykaną ciszą) i przy okazji po drodze spotyka żyjące na wolności w swoim naturalnym środowisku zwierzęta. Dobrze podsumowuje to witający nas przed wjazdem do parku napis, który mówi: „Welcome to Theatre of the Wild” – wkraczamy do świata dzikich zwierząt. Safari (w suahili oznacza po prostu podróż, wyprawę do parku narodowego) to jakby emocjonujące polowanie, gdyż wypatruje się zwierzynę wśród drzew i zarośli. Przejeżdża się jakiś odcinek i nagle obok drzewa akacji żyrafy a dalej obok sadzawki poją się zebry. My mieliśmy szczęście, bo widzieliśmy kilka rodzin słoni (w tym „czerwone słonie” znane dzięki kolorowi ziemi, którą się obsypują aby uchronić się przed gorącem), żyrafy, stada zebr, bawoła, lwy (w suahili lew to simba), geparda, guźce, małpy, strusie, mnóstwo gadów, antylop i gazeli oraz egzotycznych ptaków, i wiele innych, których wcześniej nawet nie znałem (np. serwal). Mieliśmy też naprawdę dobrego przewodnika, który miał dużą wiedzę o zwierzętach, potrafił je tropić i dobrze znał parki. Słuchaliśmy o ich zwyczajach, widzieliśmy jak słoń daje nam ostrzeżenie, że podjechaliśmy za blisko, dowiedzieliśmy się też, że słonie umierają nie ze starości a dlatego że ich zęby rosną tylko 8 razy a jak się zetrą ostatni raz i nie mają jak gryźć trawy, że ich ciąża trwa 22 miesiące a małe piją mleko matki dopóki nie wyrosną im zęby. Podczas wycieczki obserwujemy również rodzinę żyraf i ich specyficzny chód – dwie prawe nogi na raz a później dwie lewe, wcześniej nigdy nie zwracaliśmy na to uwagi, widzimy też jak niemal cały dzień przesypiają lwy aby w nocy udać się na polowanie. Z „Wielkiej piątki” nie zobaczyliśmy niestety leoparda (widzieliśmy geparda) oraz nosorożca (zostało ich w Tsavo tylko 20 szt. ze względu na kłusowników). Niesamowite emocje, których nie da się opowiedzieć, daje też udział w nocnym safari, czyli „nocnym polowaniu”, oczywiście polowaniu z aparatem 🙂 Przydała się wtedy bluza z długim rękawem, ze względu na amplitudę temperatur (w nocy i nad ranem chłodno) oraz latające po zmroku robactwo. Zabawa polega na tym, że wyjeżdża się na sawannę po zmroku, a na pokład dołącza gość świecący lampą. Wypatrywanie zwierząt w ciemnościach jedynie po odblasku oczu, obserwowanie ich zachowania nocą, no i te odgłosy dziczy robią mega wrażenie. A jak już spotkaliśmy na drodze wybierające się na polowanie lwy, to aż mi ciśnienie podskoczyło. W dzień wyglądają one jak duże koty, ale w nocy już jak prawdziwe drapieżniki. Wyłaniający się zza zakrętu predator, my w jeepie z otwartym dachem (choć wiedziałem że nas nie zaatakuje – dopóki jesteśmy w aucie jesteśmy więksi), po pewnym czasie jak za nim jedziemy zaznacza swoje terytorium sikając na krzaki – mówiąc „stop, nie przekraczaj tej linii”. Super adrenalina! 🙂

 

 

W związku z tym, że na przełomie listopada i grudnia jest tzw. krótka pora deszczowa krajobraz jest dosyć zielony (pora deszczowa marzec-maj a sucha styczeń-luty) i niestety do zbiorników wodnych obok naszych hoteli nie przychodziło wiele zwierząt. Fauna i flora sawanny robi wrażenie. Jest też bardzo zmienna i nie chodzi tu wyłącznie o różnice między porą deszczową i suchą – zaskakuje na każdym kroku. Po prostu nie można się tu nudzić. Widzimy też z daleka ośnieżone szczyty Kilimandżaro. Śpimy dwie noce w dzikim buszu, pierwszą w hotelu „na palach” w Taita Hills (Sarova Salt Lick Game Lodge, jak ma się szczęście można tutaj obserwować przychodzące do wodopoju zwierzęta również z bliska, dzięki specjalnie wybudowanemu tunelowi – dobry czas to pora sucha kiedy wody brakuje i jest bardziej pustynnie), a drugą w Ashnil Aruba Lodge w Tsavo East. Nocami słychać było takie dźwięki:

 

 

Po safari udajemy się jeszcze do wioski Masajów. Ich naturalny region to Masai Mara, ale kilka rodzin przeprowadziło się i mieszka w naturalnych warunkach blisko miejscowości Voi. Widzimy tam ich ulepione z gliny i krowich odchodów domki-lepianki, biegające dzieci przepasane jedynie kawałkiem materiału, ich rytuały (np. jak ręcznie rozpalają ogień) czy tradycyjny taniec. Trochę pod turystów, ale można zobaczyć zwyczaje i poczuć klimat tego miejsca. A i jeszcze jednak rzecz na koniec. Będąc zarówno w wiosce masajskiej, jak i tych mijanych po drodze dojazdowej na safari, warto zabrać drobne upominki dla tamtejszych dzieci– ubrania, przybory szkolne (zeszyty, długopisy) czy słodycze, odwzajemnią te dary pięknym i szczerym uśmiechem J Podczas powrotu chcąc uniknąć korków w Mombasie i przeprawy promowej wracamy „na skróty” przez dżunglę Shimba Hills (las równikowy, można tam również oglądać zwierzęta), gdzie łapie nas ogromna ulewa, ale na szczęście udało nam się przejechać.

 

 

Mombasa

W przedostatni dzień wybieramy się na półdniową wycieczkę do Mombasy, drugiego co do wielkości miasta Kenii (po stolicy Nairobi), które leży na wyspie (od północy most a od południa prom). To był niewątpliwie najsłabszy punkt całego wyjazdu. Szczerze raczej nie polecam. Owszem widzieliśmy „słynne” kły słoniowe – symbol miasta, targ owoców i przypraw, wybudowany przez Portugalczyków Fort Jesus (lista UNESCO) i Stare Miasto (meczety, stare budynki, port z towarami z handlu przyprawami z Zanzibarem) czy fabrykę rzemieślników wytwarzających rękodzieła z drewna (w tamtejszym sklepie obkupiliśmy się w pamiątki), widzieliśmy wpływy różnych kultur (głównie arabskiej i afrykańskiej), ale wszystko jakoś w pośpiechu. Ogólnie dla mnie to miasto to jeden wielki chaos, brud, pełno aut i smród spalin… Już nie mówiąc o przedmieściach Likoni, tam wolałbym z autobusu nie wychodzić…

 

 

Ostatni dzień, podobnie jak pierwszy to już wyłącznie relaks na plaży i basenach. Podczas odpływu wybraliśmy się na przechadzkę do odsłoniętej rafy koralowej znajdując na niej wiele ciekawych stworzeń 🙂 A wieczorem powrót do Polski, lot trwał całą noc.

 

 

Krótka relacja wideo z podróży „Safari w Kenii”

 

Fotorelacja z całej wycieczki „Safari w Kenii” – LINK

WPISY, KTÓRE MOGĄ CIĘ ZAINTERESOWAĆ

5 komentarzy

  • Reply Kamil Niegel 11 stycznia 2014 at 18:20

    Bardzo fajna relacja 🙂 i szacun za odwagę…
    a kto pisał relacje Natalia ?

    teraz uderzaj na Wyspy Bora Bora
    Pozdro

    • Reply Łukasz Porębski 12 stycznia 2014 at 22:47

      Dzięki! ale na Bora Bora to mnie jeszcze nie stać:)
      Relacje piszę sam, choć żona mi pomaga z przerabianiem jej czasami na j.polski:)

  • Reply Izabella 14 sierpnia 2017 at 08:07

    Urzekła mnie ta relacja. Też zamierzamy z mężem wybrać się do Kenii. Czy mógłby Pan dać nam wskazówkę w jakim biurze wykupić sobie safari. Interesuje nas takie 2-dniowe. Z góry dziękuję.

    • Reply Łukasz Porębski 8 września 2017 at 19:07

      My znaleźliśmy agencję na tripadvisor (Tropical Adventure Safaris), teraz jakbym jechał sam celowałbym raczej w Masai Mara i popytałbym kilka agencji w Nairobi.

  • Reply Robert Wł. Bauer 26 listopada 2017 at 09:12

    Jeśli kogoś interesuje tzw. „true kenyan life” to zapraszam na stronę:
    http://pomagamywkenii.org.pl/

  • Dodaj komentarz