Azja

Tajlandia, Kambodża i Wietnam w 3 tygodnie cz.2.

12 stycznia 2015
Phi Phi Maya Bay Tajlandia

Północna część Tajlandii i Kambodża zapewniły nam wiele wrażeń, ale nie mniej czekało na nas w Wietnamie.

 

Dzień 9-13 – Wycieczka do Wietnamu (Sajgon, Delta Mekongu, Hanoi, Halong, Sapa)

Wietnam kojarzył mi się do niedawna głównie z wojną wietnamską (choć kraj ten ma naprawdę bogatą historię wieloletnich okupacji). Jednak odkąd stał się bardziej turystyczny jego wizytówką stały się krajobrazy rozległych pól ryżowych i Delty Mekongu, mieszkańcy w słomianych kapeluszach, wspaniałe obiekty architektury, a także piękne dzikie plaże (np. w Nha Trang). Jedną z najważniejszych atrakcji jest słynna zatoka Halong, położona w północnej wyżynno-górzystej części kraju, uznawana za jedno z najbardziej malowniczych miejsc na świecie. Południe kraju to głównie malownicze krajobrazy Delty Mekongu z polami ryżowymi i plantacjami owoców, a Sajgon to najbardziej kosmopolityczne miasto w kraju, o niewyobrażalnym zgiełku. W tutejszych miastach (np. stolicy Hanoi) można znaleźć zabytki z czasów cesarskich czy kolonii francuskiej oraz piękne pagody, przyglądać się zachowanym dawnym zwyczajom oraz kulturze, kosztować pysznej kuchni (ruchome stoiska, wózki, rowery czy bambusowe kosze na kiju to codzienność wietnamskiej ulicy). Wszystko to tworzy wyjątkowy i fascynujący klimat tego azjatyckiego kraju, trochę chaotycznego, głośnego, ale zarazem fascynującego. Podłużny kształt Wietnamu sprawia, że jest niezwykle zróżnicowany kulturowo i geograficznie (np. lato cały rok na południu i zima na północy w podobnym okresie jak w Polsce).

Z Siem Reap lecimy samolotem do Ho Chi Minh. Zadomowiony w naszym języku potocznym zwrot „niezły sajgon“ sporo mówi o tym właściwym Sajgonie (obecna nazwa miasta to Ho Chi Minh City). Nowoczesna ponad 8 milionowa metropolia położona w południowym Wietnamie nad rzeką Sajgon, po której jeździ 6 mln motorów, wszechobecny chaos i ścisk. To robi ogromne wrażenie! Nieuporządkowany ruch uliczny (wrażenie braku przepisów), hałas i tempo życia zaszokuje turystę z Europy. Przechodzenie na drugą stronę ulicy jest prawdziwym wyzwaniem – trzeba wejść w falę jadących jednośladów, mijając po jednym rzędzie (najczęściej nie ma świateł na przejściach dla pieszych). Jest gorąco, gwarno, mnóstwo ludzi na ulicach i knajpki z egzotycznym jedzeniem. Miasto cechuje postkolonialny klimat i francuska architektura secesyjna. Za najciekawszy uchodzi Dystrykt 1 (tutaj nocujemy – za „centrum” dla backpackersów uchodzi droga Pham Ngo Lao), choć warto wybrać się także do tętniącej życiem i pełnej pagód dzielnicy chińskiej Cholon (Dystrykt 5). Zwiedzamy tylko kilka głównych atrakcji, w tym: Pałac Ponownego Zjednoczenia (socrealistyczna pamiątka po zjednoczeniu państwa po wojnie; oficjalny upadek Sajgonu, stolicy Wietnamu Płd. i koniec wojny wietnamskiej w 1975 r. kiedy czołgi armii północnowietnamskiej wjechały do tego pałacu, który obecnie stanowi muzeum), katedra Notre Dame (wybudowana na podobieństwo tej z Paryża) i położony obok zabytkowy budynek Poczty Głównej z czasów kolonii francuskiej, a także wieża zegarowa i targowisko Ben Thanh (wąskie jednokierunkowe alejki zapchane stoiskami), gdzie obok znajdują się „uliczne kuchnie” (przy samym targu jest jednak drogo). W mieście można znaleźć także liczne muzea, które pokazują tragedię wojny wietnamskiej. Natomiast spacerując w dzielnicy Cholon odwiedzamy pagody Quan Am i Thien Hau. Dostajemy się tu w jedną stronę motocyklową taxi, tj. gość zabiera nas we dwójkę na motorze:) a z powrotem wracamy autobusem miejskim jeżdżącym między dworcem Cholon a tym przy targu Ben Thanh (łapać na drodze, koszt 5 tys. VND).

 

 

Ho Chi Minh City (HCMC) stanowi bazę wypadową do wycieczek do malowniczych okolic Delty Mekongu. Mulista rzeka Mekong wpada do Morza Południowochińskiego dziewięcioma odnogami, tworząc olbrzymią deltę (o powierzchni prawie 60 tys. km2), gigantyczny i niesamowity labirynt odnóg i kanałów, pomiędzy którymi znajdują się skrawki lądu. Wpada do morza 9 głównymi dopływami, zwanymi „Nine Dragons”. Ze względu na ograniczony czas zdecydowaliśmy się na 1-dniową wycieczkę do miejscowości My Tho i Ben Tre (koszt 220 tys. VND). W programie było zwiedzanie wysepek na rzece (m.in. Unicorn Island), pływanie większymi i mniejszymi łodziami tradycyjnymi, obiad i wiele degustacji (herbata z miodem na farmie pszczół, cukierki kokosowe, owoce tropikalne prosto z sadu). Naprawdę fajna wycieczka, dużo mniej komercyjna od tajlandzkich odpowiedników. Delta Mekongu stanowi prawdziwe oblicze Wietnamu (prowincja), takie jakie wyobrażaliśmy sobie przed podróżą. Kanały, barwne pływające targi, przybrzeżne wioski, stożkowe kapelusze, malownicze pola ryżowe. Ludzie żyjący w delcie Mekongu zajmują się rybołówstwem i rolnictwem (głównie uprawą ryżu, żyzna gleba). Podczas wycieczki można podpatrzeć, jak to życie wygląda. Rzeka stanowi też ważny środek transportu (ludzie nie korzystają tutaj dużo z samochodów i motocykli tylko z łodzi), woda w tym regionie jest ważniejsza od ziemi (dużo ryb). Ta majestatyczna rzeka o długości 4350 km ma źródła w Tybecie, a przepływa m.in. przez, Birmę, Laos, Tajlandię, Kambodżę i Wietnam. Na znacznej długości rzeka Mekong stanowi granicę między Tajlandią i Laosem. Sercem delty Mekongu jest Can Tho, gdzie odbywają się ciekawe targi wodne (Cai Rang). Warto wybrać się na dłuższą wycieczkę do delty. Co ciekawe płynąc rzeką Mekong można dopłynąć do Kambodży (niektóre wycieczki miały nawet w ofercie zakończenie w Phnom Penh).

 

 

Mając więcej czasu z HCMC można wybrać się także do tuneli Cu Chi. To miejsce to podziemny labirynt tuneli o długości ponad 200 km, który powstał w czasie wojny wietnamskiej. Nie zostały one ani odkryte ani zdobyte przez Amerykanów (jeden z powodów ich klęski i wygranej socjalistycznego Wietnamu Północnego). Ręcznie wykopane tunele były bazą żołnierzy Wietkongu, łączyły punkty dowodzenia, szpitale, schronienie i fabryki broni, miały nawet kilka pięter. Na miejscu można dowiedzieć się jak kopali, żyli w nich – jedli, spali i walczyli korzystając z broni „samoróbek” i bambusowych pułapek w starciu z wyrafinowaną bronią. Miejsce wydaje się naprawdę ciekawe, niestety nam brakło czasu. Koszt wycieczek to 90 tys. dongów (+ 5 USD wstęp). Można dopłacić za odwiedzenie Wielkiej Świątyni Kaodaistycznej w Tay Ninh (kaodaizm to niezwykle kolorowa religia, świątynie wyglądają jak z bajki).

Z Sajgonu lecimy do Hanoi. Tutaj mamy zaplanowane dwie kolejne wycieczki. Pierwsza do zatoki Halong (inaczej Zatoka „Lądującego Smoka”, gdyż jej nazwa oznacza „miejsce gdzie Smok zszedł do morza”), znajdującej się na liście UNESCO. Jest ona zlokalizowana w płn-wsch Wietnamie, 160 km na zachód od Hanoi (transport 3,5 godz. w jedną stronę). Na rozległym obszarze malowniczej zatoki Tonkijskiej (należącej do Morza Południowochińskiego) o powierzchni 1500 km2 rozsianych jest ponad 1900 wysp, wysepek, a czasami wręcz tylko niewielkich wapiennych skał o niezwykłych kształtach. Wyspy są w większości niezamieszkane i porośnięte dżunglą, do tego kryją tajemnicze jaskinie i groty (a nawet jeziorka). Tutaj koniecznie trzeba skorzystać z rejsu tradycyjnym statkiem między formacjami, których ściany wpadają pionowo do morza, co tworzy magiczną scenerię. Najwygodniejszy sposób na obejrzenie zatoki Halong to wykupienie w Hanoi jedno- lub kilkudniowej wycieczki. My decydujemy się na 1-dniową (koszt 35 USD, musieliśmy kupić przez Internet bo wyjazd był z rana po nocnym przylocie, choć na miejscu można było zapłacić nawet 25 USD), po pierwsze znowu z powodu braku czasu, a po drugie dlatego, że przyjeżdżamy tutaj w zimie (nie można się kąpać ani opalać, było chłodno i pochmurnie). W ramach 4-godzinnego rejsu szmaragdową wodą pośród pięknych wysepek było także zwiedzanie naprawdę dużej i ładnej groty Thien Cung (choć jest jeszcze większa Surprising Cave), odwiedzenie pływającej wioski rybackiej (Ba Hang, gdzie między wyspami na wodzie mieszkają rybacy) oraz specjalny obiad ze świeżo złowionych owoców morza na pokładzie statku i sporo wolnego czasu. Niestety z racji pogody ani kąpiel ani kajakowanie nie wchodziły w grę:( Jednak widoki i tak były świetne. W programach innych wycieczek można znaleźć także wizytę na wyspie Titop (punkt widokowy), plaży na największej wyspie Cat Ba (zamieszkałej), a w przypadku kilkudniowej dodatkowo nocleg na dżonce, oglądanie zachodu i wschodu słońca, więcej pięknych miejsc.

 

 

Kolejnego dnia, a właściwie zaraz po powrocie z Halong:) wyruszamy nocnym pociągiem do Sapa – jednego z piękniejszych miejsc w Wietnamie, położonego w górach Hoang Lien Son (przy granicy z Chinami). Wszystko za sprawą urokliwych górskich krajobrazów, zielonych dolin oraz pól ryżowych wyglądających jak tarasy – scenerie jak z folderów reklamowych biur podróży. Świetne miejsce na trekking (sporo szlaków), podczas którego można zobaczyć kolorowe mniejszości etniczne żyjące w okolicznych wioskach. Górska ludność żyje tu tak jak dawniej, czyli w drewnianych domach, nosząc tradycyjne ubrania, utrzymując się z rolnictwa. To jedno z niewielu miejsc, którymi nie zawładnęła jeszcze tak mocno komercjalizacja (choć i tu trudno opędzić się od Pań z plemion próbujących wcisnąć na każdym kroku pamiątki). Samo Sapa to małe miasteczko targowe, gdzie od kilkuset lat spotykają się przedstawiciele mniejszości etnicznych i handlują ze sobą (na tutejszym targu można kupić wyroby rękodzielnicze). Warto przespacerować się wąskimi alejkami i barwnym targiem. Znajduje się tu kamienny kościół, zbudowany przez francuskich misjonarzy. Leży ono na wysokości 1600 m n.p.m., przez co temperatury są tu 10-15 st. niższe w porównaniu do Hanoi (w zimie temp. nawet około 0 st. C). Z racji długiego czasu przejazdu z Hanoi do Sapa organizowane są najczęściej wycieczki kilkudniowe, przeważnie 2 dni na miejscu. Ich programy zawierają wizyty w dolinie Muong Hoa, poznanie codziennego życia i tradycji górskich plemion w małych wioskach m.in. Cat Cat, Y Linh Ho, Lao Chai, Ta Van, Giang Ta Chai i Su Pan (mniejszości etniczne H’mong, Dzay i Dzao – rozróżnić je można po różnych kolorach chust na głowach) oraz zwiedzanie miasta Sapa (w wolnym czasie warto wybrać się na pkt widokowy blisko hotelu Fansipan czy jedną z pięknych przełęczy). Z racji drogiego pociągu nocnego wycieczka kosztowała nas aż 90 USD (120 USD za 2 dni, w tym nocleg u lokalnej rodziny), przy czym tu również trochę przepłaciliśmy, bo musieliśmy rezerwować online. Cena biletów na pociąg na stronie za miękką kuszetkę zaczynała się od 39 USD (w jedną stronę, jedzie ok. 7,5 godz., np. 21:50-5:00), a jedzie on do Lao Cai, skąd trzeba jeszcze się dostać do Sapa (60 km po krętych drogach – świetne widoki! tarasowe pola ryżowe na całych zboczach doliny). Dużą zaletą wycieczki było też to, że rano i po trekkingu mogliśmy skorzystać z prysznica (świetna sprawa po nocy w pociągu) i mieliśmy w cenie posiłki. Oczywiście w łatwy sposób kupując samemu bilety na miejscu czy też korzystając z opcji transportu busem (choć mniej wygodne niż kuszetka w pociągu to bilety dużo tańsze, nawet 15 USD w jedną stronę, a wycieczki busem można kupić w Hanoi już od 50 USD za 2 dni!) można zorganizować sobie taką wyprawę samemu, później wykupić przewodnika i wstęp do doliny (co mieliśmy w cenie) lub nawet wypożyczyć skuter na miejscu i zwiedzać samemu. Co do pogody to mieliśmy jednak trochę szczęścia, bo w zimie jest tu często mokro i mgliście. W Sapa było czyste niebo, piękna pogoda i widok chmury w dolinie, jednak w drodze do wiosek w dolinie weszliśmy w mgłę i zabłocone drogi po deszczu padającym dzień wcześniej (dobrze że nie przyjechaliśmy wtedy, bo nic byśmy nie widzieli – sprawdzałem prognozy i zarezerwowaliśmy ostatecznie wyjazd na kilka dni przed), która jednak szczęśliwie skończyła się na dnie doliny i zobaczyliśmy wymarzone tarasy! Co prawda to była zima w Sapa i nie widzieliśmy jak rośnie ryż (sadzą go w maju i zbierają we wrześniu, z ciekawostek w okolicach Hanoi ryż zbierają 2x w roku, a w Delcie Mekongu 3x!), tarasy nie były tak pięknie jak na folderach (trochę brązowe) i może nie było słonecznie, ale i tak było warto! Widoki były rewelacyjne:)

 

 

Pierwotnie planowaliśmy spędzić 2 dni w Sapa, ale z racji prognozowanego deszczu w drugim dniu skróciliśmy wyjazd w ostatniej chwili. Starczyło zatem czasu na zwiedzanie stolicy Wietnamu. Hanoi, znajdujące się w delcie Rzeki Czerwonej, zachowało swój charakter francuskiej kolonii. Nie jest tak duże i nowoczesne jak Sajgon, ale za to trochę tańsze i bardziej widać tutaj wpływ komunistycznego ustroju kraju. Tutaj największą atrakcją jest spacer urokliwymi uliczkami Starej Dzielnicy (Old Quarter), gdzie w dzień prowadzony jest handel, a w nocy otwierają się restauracyjki oferujące lokalne specjały. Zwiedzamy znowu największe atrakcje: świątynię Quan Thanh i buddystyczną pagodę Tran Quoc, Mauzoleum Ho Chi Minha z Pagodą na Jednej Kolumnie oraz Świątynię Literatury (wstęp 20 tys. VND, najstarszy uniwersytet w Wietnamie), a na koniec świątynię Ngoc Son nad jeziorem Hoan Kiem z charakterystycznym mostem (wstęp 20 tys. VND, bardzo urokliwe miejsce w centrum miasta). Warto skorzystać z przejażdżki rikszami rowerowymi po starych dzielnicach francuskich Hanoi (tzw. cyclo, rower z dwoma kołami i ławeczką z przodu i kierowcą z tyłu). Wieczorem można obejrzeć przedstawienie teatru marionetek (pokaz słynnych „wodnych kukiełek”, bilet na Watter Puppet kosztuje ok. 6 USD). Warto wybrać się też na nocny targ i rynek Dong Xuan.

 

 

Dla osób, które mają więcej czasu w Wietnamie polecana jest również Środkowa część Wietnamu z kilkoma miastami wpisanymi na listę UNESCO, w tym: zespół cesarskich budowli w Hue, historyczny port handlowy i starówka Hoi An oraz zabytkowy kompleks świątyń hinduistycznych Królestwa Czamów w My Son. Dodatkowo kilka dni warto spędzić na wybrzeżu, na pięknych plażach i wyspach Nha Trang oraz w malowniczej miejscowości Mui Ne (wydmy).

 

Dzień 14-16 – Tajlandia nurkowanie Similany

Po zwiedzaniu Kambodży i Wietnamu wracamy do Tajlandii na nurkowanie. Najpiękniejszymi miejscami do nurkowania w Tajlandii są Morskie Parki Narodowe wysp Similan i Surin oraz okolice wyspy Ko Tao. Tutejsze koralowce w większości nie zostały naruszone przez tsunami z 2004 r. Tropikalne bezludne wyspy z rajskimi plażami, które otoczone są z jednej strony olbrzymimi granitowymi blokami, a z drugiej łagodnie opadającymi rafami z ich wielką różnorodnością miękkich i twardych korali o szerokiej palecie kolorów. Dużo różnorodnych ryb i stworzeń morskich, niektóre choć ładne potrafią być niebezpieczne (w obronie jak się do nich zbliża wystawiają kolce z trucizną), więc trzeba uważać. Przepiękne podwodne krajobrazy, rafy koralowe widoczne do głębokości 30 m, różnorodna fauna – w tym kałamarnice, ośmiornice, krewetki, mureny, duże ławice ryb, a czasami można tu spotkać nawet płaszczki i rekiny. Mając certyfikat OWD (open water diver), warto wybrać się choćby na jednodniową wycieczkę nurkową lub lepiej na co najmniej 2-dniowe z zakwaterowaniem na łodzi (wtedy 3 nurki dziennie). My na szczęście taki certyfikat posiadamy od kilku miesięcy:), zrobiliśmy go w Polsce, ale mając więcej dni na nurkowanie można taki kurs zrobić nawet w Tajlandii w języku angielskim np. w trakcie safari (choć wtedy uwagę trzeba skupić na nauce, a nie oglądaniu podwodnego świata, jest też sporo teorii). Najlepiej mieć wyższy stopień, czyli AOWD, który uprawnia do schodzenia na głębokość 30 m (OWD jest do 18 m), wtedy można zobaczyć jeszcze więcej. Similany można też odwiedzić wykupując wycieczkę snorkelingową.

Ze względu na pogodę decydujemy się na pobyt i nurkowania na wybrzeżu Morza Andamańskiego. Similany dostępne są z Phuket i Khao Lak (bliżej i taniej). My decydujemy się na 2-dniowe safari nurkowe właśnie z Khao Lak. Trochę trudno było się tu dostać, ale daliśmy radę (taxi z lotniska w Krabi kosztowało 2500 THB!, a bezpośrednie busy nie jeździły po godz. 14:00:(, więc skorzystaliśmy z shuttle bus do dworca w Krabi za 80 THB, później kupiliśmy autobus do Khok Kloi za 120 THB i za 80 THB do Khao Lak i udało się dostać za łącznie 280 THB:)). Na miejscu znaleźliśmy bez problemu nocleg, choć ceny w guesthouse’ach czy knajpach były tutaj co najmniej 50% wyższe niż w Bangkoku czy Chiang Mai. Rano zostaliśmy odebrani z hotelu i przetransportowani do przystani, stamtąd speed boatem dopłynęliśmy po ok. 1,5 godz. (warto wziąć pigułkę na chorobę morską). Po dotarciu na łódź docelową mamy chwilę na odpoczynek, później briefing i pierwsze nurkowanie. Łącznie mamy 6 zejść pod wodę (3 dziennie), za każdym razem w innym miejscu (przy wyspach nr 6-9 archipelagu Similan, m.in. North Point, Three Trees, Christmas Point, Breakfast Bend i 2 inne miejsce, o których decyduje dive leader w zależności od warunków). Oprócz transferu w cenie mamy posiłki, zakwaterowanie na łodzi w 2-os. kabinie, pełny zestaw nurkowy (500 THB/dzień), wstępy do PN Similany, przewodnika – dive mastera, a także odwiedzenie jednej z wysp i relax na plaży z białym piaskiem. Cena 11,9 tys. THB jest dosyć wysoka, jednak zdecydowanie warto, bo to wspomnienia na całe życie! Widzieliśmy przepiękne rzeczy, rybki kolorowe, święcące, mega widoki. Znowu mieliśmy dużo szczęścia bo zobaczyliśmy mantę! Jedno z największy stworzeń morskich (długość do 5 m a rozpiętość płetw ok. 7 m!), spotkanie z tą rybą – na szczęście żywiącą się głównie planktonem, było naprawdę emocjonujące:) Przy dłuższym pobycie cena za każdy następny dzień spada. Dużym plusem naszej firmy nurkowej był nowy sprzęt, a to bardzo istotne dla poczucia pewności w nurkowaniu.

 

Film z wyjazdu i nurkowania na Similanach w Tajlandii


Innymi świetnymi nurkowiskami w tych okolicach są m.in. Richelieu Rock, Koh Tachai czy Koh Bon, na które również są organizowane wycieczki z Khao Lak (będąc tutaj warto rozważyć także trekking w dżungli w PN Khao Sok).

Na łódź należy zabrać ze sobą: osobiste kosmetyki, coś z długim rękawem lub chustę do okrycia podczas płynięcia promem (w salach klimatyzowanych może być chłodno, poza tym zawsze warto się ogrzać po wyjściu z wody), kąpielówki pod piankę, krem do i po opalaniu, aparat fotograficzny lub kamerkę (ważne! zabrać red filter do GoPro, gdyż poniżej 3 m nie dochodzi czerwone światło, a dzięki temu kręci się duże lepsze filmiki – ja niestety dowiedziałem się o tym dopiero na miejscu:(), a nurkowie dodatkowo: licencja nurkowa, sprzęt, ręcznik na łódź.

 

Dzień 17-19 – Wybrzeże Andamańskie Tajlandii (Krabi)

Turysta poszukujący pięknych plaż w Tajlandii ma do wyboru dwa piękne wybrzeża na południu kraju. Nasz wybór był jednak oczywisty – padł na wybrzeże zachodnie (okolice Krabi, ok. 900 km od Bangkoku). Wschodnie wybrzeże Zatoki Tajlandzkiej, w tym okresie roku jest bowiem pod wpływem monsunu i co do zasady w tym okresie padają tam intensywne deszcze. Trzy najpopularniejsze wyspy tego regionu, na które można się dostać promem to: Ko Samui (największa), Ko Tao (piękne rafy koralowe, dużo baz nurkowych) i mała Ko Phangan. Są to bardzo urokliwe wyspy z pięknymi plażami z palmami kokosowymi. Można się tu dostać z Surat Thani lub Chumphon (pociągi z Bangkoku) lub samolotem na Ko Samui.

Wybrzeże Morza Andamańskiego to jeden z najpiękniejszych regionów Tajlandii. To właśnie tutaj znajdują się znane ze zdjęć i filmów najpiękniejsze białe, rajskie plaże otoczone turkusową wodą i palmami kokosowymi oraz wapiennymi formacjami skalnymi (z klifami i jaskiniami). W odróżnieniu od Bangkoku i Phuket (największa wyspa Tajlandii, centrum turystyki, liczne kurorty z plażami i bogate życie nocne, punkt wypadkowy do wielu wycieczek), okolice Krabi są mniej zatłoczone przez turystów, a wyjątkowy krajobraz wybrzeża tworzą tu małe, urokliwe bezludne wyspy i piękne morze kryjące bogactwo mikroświata raf koralowych. Samo miasto Krabi nie ma plaży, ale jest ono doskonałą bazą wypadową do pobliskich plaż i wysepek (tutaj nocowaliśmy). Do odpoczynku zdecydowanie bardziej polecam Ao Nang (ok. 20 km od Krabi, najtaniej można się tam dostać z lotniska shuttle busem albo minibusem spod sklepu Maharat Road za 50-60 THB, taxi i songtao dużo droższe) lub wyspy. Nie ma tu zabytków, ale jest za to weekendowy nocny targ Walking Street, gdzie wieczorem serwowane jest pyszne jedzenie, przygotowywane na ulicznych straganach u gotujących rodzinnie muzułmanek (bardzo dużo różnych ciekawych rzeczy do spróbowania, niskie ceny) oraz można obejrzeć pokazy artystyczne. Generalnie trzeba wybierać się na jakieś wycieczki, busem lub łodzią, bo inaczej nudy. Z przystani w Krabi kursuje wiele łodzi m.in. na plaże Railey, wyspy Phi Phi czy na Koh Lanta (lub dalej do rzadziej odwiedzanych Ko Mook czy Ko Lipe), ceny są w miarę przystępne (np. Krabi-Railey ok. 200 THB). Na wybrzeżu niestety nie trafiliśmy na idealną pogodę, choć na wyspach często bywało słonecznie i bezchmurnie, także opalenizna była umiarkowana:)

 

 

My skorzystaliśmy z wycieczek na pobliskie wyspy i plaże: Ko Phi Phi są uważane za jedne z najpiękniejszych wysp Morza Andamańskiego, nawet jak ich urok ze względu na turystykę częściowo przeminął. Mniejsza z wysp to Phi Phi Leh. Tu strome wapienne skały kryją w sobie przepiękną zatokę Maya Bay z niewiarygodnie turkusowo-zieloną wodą, przycumowanymi łodziami „z długimi ogonami”, która urzeka niepowtarzalnym klimatem oraz krajobrazem (obrazki jak z folderu reklamowego Tajlandii:)). Nakręcono tu film „Niebiańska Plaża” z Leonardo DiCaprio. Aby poświęcić więcej czasu na zwiedzanie Phi Phi, można dostać się na główną wyspę Phi Phi Don statkiem z portu Ao Nang lub Krabi. My decydujemy się na wycieczkę zorganizowaną na wyspy Phi Phi szybką łodzią (1400 THB), w której programie jest jak zwykle transfer z i do hotelu, jedzenie i wstępy do parku narodowego, a także odwiedzenie: Bamboo Island (czas na relaks na plaży z drobnym, białym piaskiem), laguny i zatok Phi Phi Leh, z okazją do snorkelingu, w tym piękna, choć bardzo tłoczna i głośna Maya Bay i Monkey Beach (zatoka małp), a na koniec obiad i zwiedzanie Phi Phi Don. Minusem wycieczki było trochę szybkie tempo.

 

 

Jedną z atrakcji jaką proponują lokalne agencje turystyczne jest „Rejs 4 wyspy”, czyli ekscytującą wyprawę łodzią „z długim ogonem” (500 THB) do czterech tropikalnych wysp. W cenie jest transfer z i do hotelu, lunch, wstęp do PN i sprzęt do snorkelingu. Program wycieczki przewiduje wizytę na plażach: Phra Nang Cave Beach (słynna plaża z jaskinią na półwyspie Railay, dostępna tylko łodzią z Ao Nang lub Krabi, szkoły wspinaczki), wyspy Poda (prawdziwy raj, kąpiel, opalanie) oraz połączonych płytką mierzeją Chicken i Tup (snorkeling). Ta wycieczka bardzo przypadła nam do gustu, głównie ze względu na wolniejsze tempo, sporo czasu na plażowanie i pływanie.

 

 

Kolejnego dnia udajemy się na wycieczkę do Morskiego Parku Narodowego Ao Phang Nga, jednego z najpiękniejszych Parków Narodowych w Południowo-Wschodniej Azji. Obejmuje on swoim zasięgiem zatokę Phang Nga i znajdujące się w niej ponad 40 wysp i wysepek. Wszystko to tworzy niepowtarzalny wakacyjny klimat. Okolice Phang Nga są jednymi z najbardziej charakterystycznych w Tajlandii – strome, wapienne formacje skalne o oryginalnych kształtach, porośnięte roślinnością tropikalną, które wyrastają na kilkaset metrów wprost z turkusowego morza. Wybieramy wycieczkę na wyspę Jamesa Bonda połączoną z kajakowaniem w lesie namorzynowym (1400 THB). W ramach wycieczki mamy transport do Phang Nga, wstęp do PN oraz obiad. W programie wycieczki jest zwiedzanie zatoki, w tym rejs łodzią po lesie namorzynowym (tysiące korzeni przeplatających się i wyrastających ponad poziom wody – przystosowanie do okresowego zalewania przez wodę morską, mnóstwo rozgałęzień, szczeliny i jaskinie, świetnie miejsce do kajakowania), odwiedzenie słynnej wyspy Jamesa Bonda z wyglądającą jak nabój Khao Ping Gan (kręcono tu w 1974 roku scenę do filmu „The Man with the Golden Gun”) oraz Koh Panyee, pływającej wioski (domy na palach stojące na wodzie zamieszkałe przez muzułmanów, obiad z owoców morza). Rejs w takiej zatoce to wyjątkowe przeżycie, jednak jakbym miał oceniać to była najmniej ciekawa z trzech wycieczek. Mając już pewnie doświadczenie raczej zamiast tej wycieczki wolałbym się wybrać na np. rejs na Koh Lanta i wypożyczenie skutera na miejscu i odpoczynek na plaży połączony z kąpielą.

 

 

Był to ostatni punkt naszej wycieczki, zatem następnego dnia pełni wrażeń i pomysłów na kolejne podróże wracamy do Polski:) A droga była długa, najpierw autobus na lotnisko, później lot Krabi-Bangkok, autobus z lotniska Don Mueang na Suvarnabhumi, nocleg w pobliżu lotniska, poranny lot Bangkok-Paryż i kolejny do Warszawy, a na koniec nocny przejazd PolskimBusem do Wrocławia…

Zachęcam do zapoznania się z cz.3 wpisu – informacjami praktycznymi dotyczącymi całego wyjazdu. Mam nadzieję, że przydadzą się wielu osobom.

Fotorelacja z całej wycieczki „Tajlandia, Kambodża i Wietnam w 3 tygodnie” – LINK

WPISY, KTÓRE MOGĄ CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Brak komentarzy

Dodaj komentarz